Powieści kryminalne zwykło się uważać za „niski" gatunek. „Jedenaście" Marcina Świetlickiego pokazuje, że kryminał należy ustawiać na wyższej półce.
Jak uporać się z człowiekiem, którego przeraża myśl
o znalezieniu się w kadrze czyjegoś zdjęcia? Można by oddać mu
przysługę i zostawić go w spokoju, pozwolić odejść do domu, wrócić do
stęsknionej suki, wypić kilka głębszych na dobry sen. Jednak dla
Świetlickiego takie rozwiązanie byłoby zbyt łatwe, banalne, nieciekawe.
Wszak „my nie potrzebujemy prostych zakończeń". Proste początki również
okazują się niepotrzebne, gdy dowiadujemy się, że to Mistrz został
głównym bohaterem kolejnej powieści Świetlickiego. Postać znana już z
dwóch poprzednich książek „Dwanaście" oraz „Trzynaście" wraca tym razem
w zamykającej trylogię „Jedenaście", by pozwolić w końcu zrobić sobie
zdjęcie, umieścić siebie na pierwszym planie widokówki z Krakowa.
Ten, którego wszyscy nazywają Mistrzem, rozpaczliwie
szuka uzasadnienia własnej egzystencji. Znajduje je dopiero w
konieczności odkrycia prawdziwej przyczyny śmierci przyjaciela.
Prowadzone przez niego śledztwo daje mu pewność, że ma prawo żyć, póki
nie rozwiąże zagadki. Zapewne tkwiąca gdzieś w podświadomości chęć
przeżycia zmusza Mistrza do zaniedbywania śledztwa, bowiem im bardziej
opóźnia odkrycie tajemnicy, tym dłużej trwa jego życie. Życie, które
wypełniają spacery z ukochaną suką, godziny spędzone w knajpach oraz
wyjazdy do wioski oddalonej o jedenaście kilometrów od Krakowa. Mistrz
okazuje się być zawieszony między świadomością bezsensu własnego
istnienia a gorącym pragnieniem znalezienia powodu, dla którego mimo
wszystko warto żyć. Tym powodem przez chwilę wydaje się być zapoznana w
Stylowej barmanka, jednak po niej także zostaje pustka oraz wrażenie,
że „jej nigdy nie było". Bo przecież „kto udowodni, że cokolwiek
kiedykolwiek było"? Nawet sam Mistrz nie jest całkiem pewien swojej
istoty, wciąż podejrzewa, że umarł już dawno temu, a jego prawdziwe
życie minęło bezpowrotnie.
W „Jedenaście" wątek kryminalny zdaje się być
jedynie pretekstem dla ukazania zachowań bohaterów, ich reakcji na
zaskakujące wydarzenia. Wioska, o której powiedziano, iż nigdy nie
wyróżniła się niczym szczególnym, teraz staje się teatrem zdarzeń,
miejscem, gdzie rozgrywają się dramatyczne sceny. Ta nagła nobilitacja
nikogo już nie cieszy, mieszkańcy niespodziewanie zostali przygnieceni
przez ciężar własnych uczuć oraz wrażeń. Ich uporządkowane życie gubi
się gdzieś wraz z tajemniczą kasetą Doktora, wymyka im się z rąk.
„Jedenaście" uznać można za powieść o ludzkim osamotnieniu, o takim
wyobcowaniu, w którym ulgę przynosi jedynie rozmowa z ukochanym, choć
zaniedbywanym psem.
Trudno być Mistrzem we własnym kraju. Zwłaszcza
kraju „pod honorowym patronatem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego".
Trylogia Świetlickiego w sposób niezwykle ironiczny i prześmiewczy
komentuje realia współczesnej Polski, krytykuje władzę, a także niegdyś
ukochany Kraków Mistrza. Dla staroświeckiego detektywa miasto zbyt się
zmieniło, utraciło swoją dawną magiczność.
Nie da się ukryć, że Świetlicki zasłużenie został
laureatem Nagrody Literackiej Gdynia 2009 w kategorii proza. Po cichu
stwierdzić trzeba, że „Jedenaście" to najlepsza część trylogii
Świetlickiego. Poprzednie powieści były kryminałami o niezbyt wyraźnie
zbudowanej intrydze i słabo zaakcentowanej zagadce. „Jedenaście" zaś
pretenduje do tytułu kryminału, który długo pozostaje w pamięci i
pozostawia czytelnika jakby w stanie upojenia jackiem danielsem. W
odróżnieniu jednak od szybko trzeźwiejącego Mistrza, czytelnikowi nie
umknie, że „seks po jacku danielsie jest lepszy niż po haszyszu". Tylko
cytowałam.
Klaudia Licbarska
klaudia.licbarska@dlastudenta.pl


Serwis specjalny 31. PPA


